Portal wyników sportowych

Menu:


Nazwa: 23 Maratona di Roma 2017
Data: 02.04.2017
Dystans: 42,195 km
BIB: 5473
Czas netto: 03:25:41
Czas brutto:
Miejsce OPEN: 1636
Liczba zawodników na mecie: 13373
Procent: 12%
Średnia prędkość: 12,3 km/h
PACE: 04:52 min/km
Typ: Road
Miejsce: Rzym, Włochy


   Maraton di Roma 2017 to wydarzenie, które chodziło mi po głowie od dłuższego czasu, ale były inne priorytety. Nawet tym razem nie bardzo wiem jak to się stało, że się zapisałem. Chyba jakaś reklama na FB, może wolny weekend (brak zajęć w szkole)? Nie pamiętam. Tak czy inaczej udało mi się namówić jeszcze Marka, który ku mojemu zdziwieniu dość szybko zdecydował się na uczestnictwo. Do Rzymu jechałem z dość luźnym planem – po prostu biec z Markiem i oby do mety. Nie trenuje zbyt dużo więc moja opinia o maratonach, że nie są zbyt długie, troszkę się zdewaluowała. Kiedyś było inaczej i maraton mogłem pobiec praktycznie „z miejsca”. Teraz, czułem lekki, bardzo lekki stresik. Jak każdy bieg wyjazdowy, ten także, nie wyróżniał się dniem poprzedzającym start. Zwiedzanie, alkoholizacja, zwiedzanie itd… Podobno zgodnie z kanonami sztuki, powinno być inaczej. Ale cóż, w sobotę schodziliśmy się ostro. Kilkanaście kilometrów na nogach, od rana do wieczora. Zwiedzanie Rzymu to kilka standardowych miejsc, które my z Sylwią już widzieliśmy, ale dla Marka i Magdy były zupełnie nowe. Rano odebraliśmy numery startowe w Palazzo dei Congressi gdzie zorganizowano expo. Mała być szybka akcja, ale organizatorzy skutecznie nas spowolnili. Potwierdza się kolejny raz, że organizatorzy maratonów w Europie i na świecie powinni się uczyć od organizatorów polskiego Orlen Maratonu. I Orlen i Rzym ma Silver Label IAAF, ale różnica jest kolosalna. Dobra… nie marudzę. Piątek i sobota w Rzymie upłynęły pod znakiem słońca, niedziela miała być deszczowa. Start falowy (3 wawes) na Via dei Fori Imperiali mniej więcej w połowie drogi między Koloseum a Kapitolem rozpoczął się punktualnie o 8:40. Ja stanąłem razem z Markiem w fali drugiej i wystartowaliśmy 5 min po elicie. Od samego początku chmurzyło się niemiłosiernie. Na szczęście deszcz oszczędził nas przed startem i na poważnie zaczął lać w okolicach 7go kilometra. Tam zaczęła się mega ulewa po raz pierwszy (finalnie były trzy). Biegliśmy raczej równo, choć na początkowych kilometrach być dość duży tłok. W bieg wszedłem po kilku kilometrach. Pogoda mimo deszczu była biegowa. Biegliśmy ramie w ramie, poza miejscami, gdzie mogłem się najeść. Postanowiłem wypróbować maraton bez żelów. Zawsze przecież miałem baterie żelową i nie wyobrażałem sobie biegu bez wspomagania. Teraz żywiłem się tym co dają i źle nie było. Skutkiem ubocznym restaurowania się, a może urozmaiceniem biegu były pogonie za Markiem, który miał swoje zapasy i nie musiał zwalniać na pitstopach. Trasa biegu była nietypowa, trudna – bardzo dużo odcinków po kostce i dość nierówny asfalt. Poza tym delikatnie pofałdowana, ale za to bardzo widokowa. Kto nie miał czasu obejrzeć Rzymu wcześniej, biegnąc ten maraton miał okazje zobaczyć bardzo dużo, od Watykanu do Schodów Hiszpańskich włącznie. W okolicach połowy czułem lekki dyskomfort w biodrach i achillesach. Było to dziwne, gdyż dawno nie miałem tego typu odczuć. Ostatni raz bodajże w Tallinie. Tak dotarłem do 30km a tam postanowiłem lekko przyśpieszyć. Tak o 10sec. Z 5:00 na 4:50. Nasz bieg i nasza prędkość właśnie wtedy zwalniały. Ja przyśpieszyłem i od razu poczułem się lepiej. Chyba każdy ma jakiś taki swój rytm, który mu pasuje i jeżeli odchyla się od niego odczuwa pewne dolegliwości. Szczególnie na takich dystansach. Do mety biegłem już sam, Marek był lekko z tyłu, nawet się odwracałem, ale w tłumie ciężko się odnaleźć. Na ostatnich dwóch kilometrach od Piazza del Poppolo była już zabawa z kibicami. Deszcz już nie padał, kibice krzyczeli, pełen czad. Ostatni zbieg, z GoPro w ręku biegłem jak zwykle na haju. Meta w tym samym miejscu co start i czas 3h25min. Nieźle jak na luźny bieg. Marek dotarł niecałą minutę po mnie. Zmęczony, ale szczęśliwy. Czy można ten maraton polecić? Pewnie tak bo miejsce magiczne, czy nadaje się na życiówki – pewnie nie. Ale jakby w bieganiu życiówki były najważniejsze to pewnie bym nie biegał:)






Created by gapmont.com A.D.2013